..:: Szkocja rowerem i obiektywem' 2008 ::..

opis: 6.09.2008
Szkocja - Glencoe
Tak się złożyło, że pojechaliśmy do Szkocji w krótkim czasie po wyprawie na wyspy "wirtualnego" kolegi - Remigiusza (rowerowarodzinka.pl), planując ten wyjazd zupełnie niezależnie od siebie i nieświadomie. My udaliśmy się z Glasgow na północ, a oni na południe (wspólna okazała się trasa tylko jednego dnia). Mimo, to warto poczytać obie relacje, by poszerzyć sobie obraz UK i zobaczyć w jak różny sposób można zorganizować sobie wyjazd na wyspy i jak bardzo może on być udany i atrakcyjny.

Zapraszam do opisu wyprawy dzień po dniu made by Grażyna, czyli najlżejsza uczestniczka, która miała relatywnie najcięższy rower, chociaż bezwzględnie najlżejszy :) Mimo tego ciężaru, radziła sobie bardzo dobrze, a należy tu dodać, że była to jej pierwsza wyprawa rowerowa z sakwami - i od razu na kilkanaście dni, po niełatwym szkockim terenie.




Kraina mrocznych średniowiecznych zamków smaganych ostrym wiatrem, gęste mgły nad rozległymi wrzosowiskami, ciągnące się w nieskończoność jeziora pośród surowych szczytów górskich, soczysta zieleń pastwisk... to Szkocja, która na długo przed wyjazdem zagościła w naszych głowach motywując do intensywnych przygotowań. Większe i mniejsze zakupy, studiowanie literatury książkowo-internetowej, upajanie się pięknem szkockich krajobrazów na zdjęciach naszych poprzedników, zarezerwowanie biletów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, wreszcie opracowanie trasy i... szybkie, jak to zwykle bywa... trochę na ostatnią chwilę, pakowanie.

Dzień 1 - 24 lipca

Glasgow Prestwick - Ardrossan (47km)

Zaczęło się ;) Krótka noc, wczesna pobudka, ekspresowe poznanie reszty ekipy, szybkie załadowanie bagaży i rowerów do zamówionego wcześniej samochodu o odpowiedniej ładowności i przejazd do Balic, gdzie z wielką pieczołowitością nasze rowery zostały wyposażone w odpowiednie ubranka ochronne. Wreszcie nadszedł ten moment, kiedy po odprawie rowerowo-osobowej nasze jednoślady i bagaże powędrowały do luków bagażowych, a my wygodnie usadowieni na pokładzie samolotu z niecierpliwością oczekiwaliśmy na wrażenia rozpoczynającej się 12-dniowej wyprawy. Kraków pożegnał nas deszczem, a Szkocja przywitała pięknym słońcem... miła niespodzianka.
Po odprawie i przygotowaniu rowerków do drogi wyruszyliśmy popołudniem w trasę, która planowo miała zakończyć się na wyspie Arran. Szlak prowadził z lotniska malowniczą ścieżką rowerową wzdłuż wybrzeża z widokami na spokojne morze z lewej strony i soczysto zielone pola golfowe z prawej. Minęliśmy ciekawe miasteczko Troon, zaś w następnym miejscu o wdzięcznej nazwie Irvine zrobiliśmy postój, dzięki któremu spóźniliśmy się na prom odchodzący z Ardrossan do Brodick na wyspie Arran. Cóż było począć - pierwszy nocleg na dziko na plaży wśród odgłosów mew i szumu fal ;).


Dzień 2 - 25 lipca

Ardrossan - Lochgilphead (63km)

Rankiem prom zabrał nas do Brodick na wyspę Arran zwanej Szkocją w miniaturze. Mały obszar, ale niezwykle urozmaicony - cudowne widoki gór, u stóp których rozciągały się wspaniałe wrzosowiska. Mieszkańcy witają w ukwieconych, bajkowych domkach (cottages), a każdy z nich ma swoją własną niepowtarzalną nazwę. Po drogach przechadzały się niczego nie obawiające się renifery. Bez problemu pozowały do zdjęć, czy też natrętnie wymuszały od nas jedzonko. W Lochranzie dobiegła końca nasza wędrówka po wyspie. W urzekającej scenerii ruin zamku oczekiwaliśmy na kolejny prom. Niedaleko znajduje się bardzo przyjemny maleńki bar zwany The Sandwich Station, gdzie obsługuje miła starsza pani ;-). Dostać się tu na prom nie jest już tak łatwo, nie wpuszczono nas na pierwszy ze względu na przeładowanie ciężarówkami (zabrakło miejsca dla czterech "ciężkich" rowerzystów) i musieliśmy poczekać na następny. Po przeprawie na "stały" ląd do Claonaig ruszyliśmy do Tarbet, następnie drogą A83 do Lochgilphead, gdzie spędziliśmy noc na pierwszym kempingu.


Dzień 3 - 26 lipca

Lochgilphead - Taynuilt (82km)

Z Lochgilphead wyruszyliśmy główną drogą A816 do Kilmartin, następnie do miejscowości Ford, gdzie zjechaliśmy w boczną drogę prowadzącą wzdłuż Loch Awe, po drodze mijając zamek Kilchurn. Docierając do skrzyżowania z główną drogą, skręciliśmy na A85 w kierunku Oban. Na trasie warto się zatrzymać i zwiedzić kościół St. Connan's Kirk, aby przed Taynuilt osiąść na nocleg na tutejszym kempingu.



Dzień 4 - 27 lipca

Taynuilt - okolice Kentallen (63km + 30km)

Rankiem część ekipy postanowiła zrobić sobie wycieczkę fakultatywną na okoliczną zaporę, skąd rozpościerały się romantyczne widoki na wrzosowiska, łąki oraz szczyt Ben Cruachan. Po powrocie z 30 kilometrowego wypadu, razem wyruszyliśmy drogą A85 w kierunku Oban. W okolicy Connel zjechaliśmy z trasy aby zobaczyć zamek Barcaldine, po czym dojechaliśmy do drogi A828 prowadzącej w kierunku Fort Williams. W Appin podziwialiśmy jeden z najciekawszych zamków na naszej trasie, położony na maleńkiej wysepce Castel Stalker . Około 5 km przed Kentallen udało się znaleźć kemping, którego nie było na żadnej z dostępnych nam map. Mieliśmy jeszcze na tyle sił, aby na lekko dotrzeć do restauracji w pobliskim hotelu, gdzie uraczyliśmy się piwkiem i nie tylko.



Dzień 5 - 28 lipca

Okolice Kentallen - Bridge of Orchy (64km)

Drogą A828 dojechaliśmy do skrzyżowania skręcając na trasę A85 prowadzącą do Glencoe, jednego z piękniejszych miejsc w Szkocji - malownicza miejscowość, wokół zjawiskowe góry w dolnych partiach pokryte soczystą zielenią, doliny z jeziorkami i połaciami wrzosowisk, z których najbardziej znane to Rannoch Moor. Z Glencoe związana jest mroczna historia sięgająca 1692 roku, kiedy to 13 lutego oddziały rządowe pod dowództwem kapitana Roberta Campbella z Glenlyon, korzystające z gościny klanu MacDonaldów, wymordowały swoich gospodarzy. Atak stanowił poważne naruszenie obowiązującego w Highlands kodeksu honorowego, nakazującego udzielenia gościny nawet najgorszemu wrogowi oraz bezwzględne poszanowanie praw gospodarza. Wędrując warto zatrzymać się w Clachaig Inn, oferującym pyszne bułki "na ciepło". W miłej atmosferze można tu też zjeść obiad, czy wieczorną kolację. A z ciekawostek - to właśnie w tym zajeździe kręcono sceny do 3 części Harre'go Pottera. Trasa niestety w większości biegnie głównymi drogami. Dopiero pod koniec wycieczki udało nam się zjechać na prywatną ścieżkę, która wiodła wokół Loch Tulla i doprowadziła nas do Bridge of Orchy. Jak sama nazwa wskazuje, głównym miejscem turystycznego zainteresowania jest most, przy którym spędziliśmy kolejną nockę na dziko. W pobliżu znajduje się hotelowy bar, gdzie można przed zakupem dokonać degustacji podawanych rodzajów piwa.



Dzień 6 - 29 lipca

Bridge of Orchy - Aberfeldy (66km)

Pierwszy odcinek z Bridge of Orchy do Clianlarich przemierzyliśmy pociągiem, gdzie było nieco problemów z umiejscowieniem rowerów - wagonik na jednoślady okazał się mało pojemny i częściowo zajęty, musieliśmy więc pozdejmować sakwy i zawiesić rowerki na specjalnych hakach, a wszystko po to, aby wózek z kawą i herbatą mógł w miarę swobodnie przejechać między przedziałami. Obsługa pociągu wykazywała przy tym dużo cierpliwości, a jeden z konduktorów z uśmiechem na twarzy pomagał przy wysiadaniu podając bagaże. Co bardziej błyskotliwi mogli z nim wcześniej rozwiązywać logiczne łamigłówki przy kawie ;-). Na małej stacyjce w Clianlarich przygotowaliśmy się do drogi korzystając z bardzo sympatycznego Tea Room, gdzie można było zjeść śniadanie (polecamy słodkie bułki z rodzynkami, smarowane masłem i dżemem). Droga wiodła początkowo główną trasą A85, aby przed Loch Tay skręcić na mniej uczęszczaną A827 biegnącą wzdłuż malowniczego jeziora. Warto zatrzymać się w Killin. Mała miejscowość z wodospadem Falls of Dochart, młynem, w którym obecnie znajduje się Breadalbane Folklore Centre z informacją turystyczną oraz sklepami, z dużym wyborem pamiątek po całkiem atrakcyjnych cenach. Ugasić pragnienie i zaspokoić głód można w The Falls of Dochart Inn. Szkoda, że nie zostaliśmy do 30 lipca, kiedy to właśnie tutaj odbyły się słynne Killin Highland Games - widowiskowa impreza połączona z paradami w tradycyjnych kiltach, szkockimi przedziwnymi konkurencjami oraz tańcami ludowymi i grą na dudach. My pospieszyliśmy dalej, a trasa wzdłuż jeziora zaprowadziła nas do Kenmore, gdzie zamierzaliśmy skorzystać z kempingu, którego jednak nie było, mimo wyraźnych informacji na mapie. Mimo to, miejscowość powitała nas miłymi niespodziankami - ciekawa zabudowa rynku i zlot amatorów starych Austinów - frajda dla fotografów. Przed zmierzchem dotarliśmy do kempingu w Aberfeldy.






[Druga część]